Felieton - Feke newsy i ludowa szeptanka
Fake news. To pojęcie pojawia się w najróżniejszych przekazach coraz częściej. Ostrzegamy przed nim, piętnujemy, oburzamy się, wykazujemy wynikające z fake newsów zło. Jednocześnie traktujemy je jak coś na wskroś współczesnego, nierozerwalnie wpisanego w kulturę internetu. Zresztą już sama angielska nazwa sugeruje, że pojęcie i kryjące się za nim zjawisko to wymysł najnowszej technologii.
I kiedy my skupiamy się
na fake newsie to obok, tuż tuż pod
naszymi oknami hasają sobie zwykłe plotki, pomówienia, manipulacje, oskarżenia,
zniesławienia. Przekazywane bez udziału światłowodów, wykrzykiwane na wiecach,
wygłaszane w studiach, przed kamerami, mikrofonami, tworzone i powielane przy
biesiadnych stołach, sączone przez telefon do ucha sąsiadki czy przypadkowej znajomej z tramwaju.
I jeśli ktoś myśli, że
ich siła jest mniejsza, to się grubo myli. Jasne - z oczywistych względów
wolniej się rozprzestrzeniają mając tym samym mniejsze zasięgi. Nie okrążają świata
w skali globalnej, nie docierają w ciągu sekundy na drugi kontynent. Ale z
równą siłą potrafią zdemolować życie lokalnych społeczności, grup zawodowych,
elektoratów. Kłamstwa, które politycy
lub ich akolici wykrzykują czy wygadują w miejscach publicznych szybko stają
się fake newsami, ponieważ natychmiast trafiają do sieci. A z sieci wracają do
umysłów i serc wyborców.
Ostatni rażący przykład
to stworzenie powielającej się na tysiące sposobów narracji, że premier Donald
Tusk zawiódł, jako że nie tylko nie przewidział nadciągającej nawałnicy i
rozpasanego żywiołu, ale uspokajał ludzi słowami: „Prognozy nie są specjalnie
alarmujące.” Do tego dodają z uśmieszkiem,
że zlekceważył problem mówiąc o nadchodzących, co najwyżej – „podtopieniach”.
To kłamstwo i
manipulacja, która bardzo szybko przerodziła się w falę fake newsów
docierających lotem błyskawicy do uszu i serc zwykłych ludzi. I tu wkracza dodatkowe
wsparcie – wzmocniona emocjami szeptanka ludowa.
Jadąc autobusem
usłyszałam dwie panie, które stały się wdzięcznym adresatem pisowskiego
przekazu:
Proszę pani, nigdy tego
Tuska nie lubiłam, ale teraz to już mu całkiem nie wierzę. Przecież on wiedział
o powodzi, ale nie powiedział, bo chciał Polaków potopić.
Czuję się w tym miejscu zobowiązana, by wyjaśnić, jak było naprawdę.
Otóż premier faktycznie 13 września powiedział, że Prognozy nie są
przesadnie alarmujące. Dodał,
że nie ma powodu, aby przewidywać zdarzenia w jakiejś skali, która by powodowała zagrożenie na terenie
całego kraju. No to chyba była sensowna wypowiedź, powódź
nie dotknęła całego kraju i wywoływanie paniki byłoby grubo nie na miejscu.
Jednocześnie Donald Tusk dodał, że Musimy być przygotowani na
podtopienia i powodzie błyskawiczne. Wypowiedź ta sprawiła, że politycy opozycji
przyczepili się do słowa „podtopienia” sugerując lekceważące podejście premiera
do zbliżającego się zagrożenia. Już „powodzie błyskawiczne” pominęli, bo to zjawisko
dramatycznie poważne i nie pasowało do przekazu. I kolejny fake news popłynął w
sieć. Jeden z miliona.
Nie mogę nie wspomnieć o czymś, co w sferę fake newsów wpuściła łódzka
posłanka – Agnieszka Wojciechowska van Heukelom, która już chyba nie do końca
kontroluje, co się z nią dzieje. Oto
dosłowny cytat z portalu X:
Pytanie zasadnicze, ile wspólnego ma ta sytuacja z faktem, o którym
mówią w tej chwili niemieccy ekolodzy, a mianowicie z faktem takim, że
Branderburgia została uratowana przed powodzią dlatego, że ta powódź i
eskalacja tej powodzi nastąpiła w Polsce. Czy po raz kolejny Donald Tusk
przedkładał interes Niemców nad interes Polski, ukrywając przed Polakami
wiadomości o powodzi? (pisownia oryginalna)
No i założę się, że pani w autobusie doda jeszcze do swojej opinii to,
że Tusk zawracał wodę, by płynęła na
polskie miasta, bo chciał ratować Niemców.
A uwierzcie mi, siła przekazu każdej z takich pań i panów jest ogromna,
wgryza się w najgłębszą tkankę społeczeństwa. Dotrze tam, gdzie nie sięga internet.
A na koniec taka, nieinternetowa anegdotka o manipulacji:
W jednym z łódzkich szpitali jest znakomicie zorganizowane laboratorium
analityczne. Szybko, sprawnie, miło, profesjonalnie. Jak w wielu miejscach
obowiązują tam wydrukowane z automatu bilety. Wydrukowałam. Miałam numer 261.
Przede mną wszedł ktoś z numerem 260. Ponieważ są cztery stanowiska, nie
czekałam ani chwili. Po mnie pojawiła się pani z numerem 262. Zadzwoniła do
kogoś bliskiego, kogo poinformowała ściśniętym z oburzenia gardłem:
No jestem. Wiesz która jestem w kolejce? Dwieście sześćdziesiąta
druga!!!!!!!!
https://zrzutka.pl/7vbfmv#description
Komentarze
Prześlij komentarz