Na rogu Raka i Dalszego Życia - odc. 19
7.30 rano. To godzina,
kiedy wchodzę do pomieszczenia, gdzie znajdują się aparaty do naświetlań. Mój
to C-2000, czyli clinac. To urządzenie do naświetlania z dużą
dokładnością. Wytatuowane kropki to dla
technika dokładna mapa, według której ustawia aparat nade mną. Są głównie
panie. I jeden pan. Kładę się, technik jeszcze minimalnie poprawia moje
położenie. Proszę nie pomagać, musi pani być bezwładna. To nie takie
łatwe. Czy zastanawiacie się czasem, jak nasze ciało jest ciągle spięte?
Połóżcie się na łóżku, czy na podłodze i spróbujcie rozluźnić wszystkie
mięśnie. Zróbcie na chwilkę „trupa”. Gwarantuję, że jak rozluźnicie tyłek, to
ramiona jeszcze będą napięte. Jak sobie z nimi poradzicie, to brzuch będzie na
stand-by’ju... Totalne sflaczenie to niezwykle trudna sztuka. Codziennie rano
przez chwilkę to ćwiczę. W każdym razie – staram się nie pomagać, czyli –
nie przeszkadzać. Technik wychodzi. Za drzwiami obserwują mnie na monitorach. W
razie czego, oni słyszą mnie i ja ich poprzez intercom. Cichutkie bzzzzzzz
i leżanka z bezwładną mną podnosi się do góry, jedzie to tyłu i staje.
Nade mną jest białe sklepienie z dziurkami. Moje jedyne zadanie to udawać
zwłoki. Nie mogę poruszyć się ani o milimetr, bo przecież nie chcemy naświetlić
nerek, śledziony czy innego cennego urządzenia. Celujemy zupełnie gdzie
indziej. W konsekwencji jest bardzo przyjemnie. Temperatura w pomieszczeniu -
idealna. Na ciele nie czuję absolutnie niczego. Samo naświetlanie trwa krótko.
Ledwie zdążę doliczyć do stu, technik wraca, ja mogę ożyć, opuszczają leżankę,
zakładam kapcie i... Do jutra.
Codziennie rano wchodząc
do szpitala spotykam panie, które wpuszczają na jego teren po uprzednim
sprawdzeniu temperatury i przyjęciu oświadczenia, dokąd zmierzamy. Nie mam
gorączki. Nawet czasami mam nieco poniżej normy. Te obostrzenia przy wejściu to
oczywiście znak czasu pandemii. Panie już mnie kojarzą i wiedzą, że sunę na radiologię.
Widzą mnie wcześniej, bo w kamerze. Każdego dnia serdeczniej się witamy, jak
stare znajome. Raz ustawiły się po dwie w czteroosobowy szpaler i zaczęły bić
brawo. To niesłychane, przemiłe, urocze. Ale zrodziło pewną refleksję. Skąd
tyle serdeczności akurat do mnie? Ani się nie znamy prywatnie, ani nie obsypuję
pań prezentami, ani nie jestem żadną szychą... I chyba już wiem. Wiem od
chwili, kiedy przyjrzałam się innym wchodzącym na teren szpitala osobom.
Rozumiem, że to są zwykle ludzie bardzo chorzy, pokiereszowani, przestraszeni,
obolali, często po utracie nadziei. Ale, po pierwsze – nie wszyscy są aż tak
znowu bardzo dotknięci traumami, po drugie – ja też jestem chora jak cholera.
Ale nie robię z tego sztandaru, nie jestem obrażona na cały świat, w tym – na
te bogu ducha winne cztery kobiety. Ludzie są spragnieni czyjegoś uśmiechu,
życzliwego słowa, miłego Ależ dzisiaj od rana słoneczko przygrzewa! Jak
ktoś taki się napatoczy, to jedni mają go za wariata, a inni oddają mu uśmiech
w dwójnasób. Tych drugich jest znacznie więcej.
Już rozpoznajemy się w grupie
naświetlanych. Codziennie rano spotykamy się przez zabiegiem. Są dwie pacjentki
ze szpitalnego oddziału, reszta przyjeżdża jak ja – z miasta. Niektórzy z
innych miast. Rozmawiamy oczywiście o przebiegu choroby i skutkach radiologii.
Dziwię się, bo niektórzy mają poważne dolegliwości, zwłaszcza gastryczne, ale
także związane z przewodem moczowym. Mnie nic nie jest.
Do czasu. Gdzieś w
połowie stawki dołączam do peletonu. Gdyby nie Stoperan nie doszłabym do
samochodu. Dla mnie to jakaś apokalipsa, ponieważ jestem szczególnym
przypadkiem człowieka, który nigdy w całym swoim długim życiu nie miał kłopotów
tego typu. Nie zaznałam wiedzy na temat biegunek, rozstroju żołądka, zatrucia
pokarmowego, grypy jelitowej... Nie mam pojęcia, na czym to polega. Nie miałam.
Już mam.
Na szczęście jednak moje
dotychczasowe usposobienie w tej materii przydało się i teraz. Na większość
pacjentów żadne Stoperany nie działały. Mnie pomógł natychmiast. Od razu. Z
miejsca. I definitywnie. Te dolegliwości już nie wróciły.
Komentarze
Prześlij komentarz