Na rogu Raka i Dalszego Życia - odc. 18
Kiedy
czekasz, czas zwykle ci się dłuży. Mnie się nie dłuży. Mimo że jestem na
zwolnieniu lekarskim, ciągle coś tam dłubię w komputerze. I mam cały czas wyrzuty
sumienia, że praca stoi. Fakt - jestem słaba jak glista i dłuższe siedzenie
powoduje, że zlewam się potem, bolą mnie wszystkie kości i głowa pęka. Ale od
czego ma się przyjaciela, który ma na imię IBUBROM RR? Silniejsza nie jestem od
niego, ale z pewnością mniej obolała. Jednak dusza cierpi, bo mam świadomość, że
robota w lesie. Ewa, moja przemądra córeczka mówi, że to jawny objaw
pracoholizmu. Może i tak. Ale dla mnie praca to coś niewiarygodnie ważnego.
Praca, wykonywany zawód to dla mnie zawsze podstawowa informacja o ludziach,
którą chcę poznać. Wkurza mnie na przykład, kiedy w mediach słyszę, że pijany kierowca
lat 32 potrącił na pasach 55-latkę. Guzik obchodzi mnie wiek tych osób (chyba,
że byłby ekstremalny – kierowca na przykład miałby lat 6). Czy nie ciekawsza
byłaby treść newsa, gdyby brzmiał: pijany kierowca, z zawodu instruktor nauki
jazdy, potrącił na pasach księgową. Albo: pijany kierowca, od trzech lat
bezrobotny, potrącił na pasach pracownicę opieki społecznej. O! Przynajmniej
mielibyśmy jakieś pojęcie o tych ludziach.
Moi przyjaciele i znajomi, z
wyjątkiem dwóch najbliższych przyjaciółek – Ewy i Joli, to ludzie związani z
moją pracą (chociaż od lat z Ewą pracujemy w jednej firmie, ale znamy się... od
zarania życia, można powiedzieć). Tam, w pracy zostawiam większość swoich
emocji, nadziei, tam realizuję to, co później staje się moją wizytówką. Myślę
tu o pracy formalnej, etatowej, ale także o tej non profit, związanej na
przykład z publikacjami na mojej stronie ceran.press. To nie jest praca
zarobkowa, ale z pewnością pozycjonuje mnie w dziennikarskim świecie. Dzięki
niej na przykład zostałam przyjęta w skład Towarzystwa Dziennikarskiego, co
poczytuję sobie za wielki zaszczyt.
Mam dwóch dyrektorów w dwóch instytucjach, z którymi
jestem związana. I oni obaj wykazują się troską, którą wprawdzie przewidywałam,
ale nie sądziłam, że będzie aż tak. Jeden z panów chciał koniecznie obdzwonić
wszystkich możliwych profesorów w Matce Polce, by uświadomić im, jaki to skarb
biorą na swoje barki. I dopiero moje zapewnienie, że i bez tego jestem pod
należytą opieką – przekonało szefa. Choć głowy nie dam, że do końca. Telefonuje do mnie przynajmniej dwa razy w
tygodniu pytając z troską o to, jak się czuję i czy mi czegoś nie potrzeba. To
człowiek wielowymiarowy. Kiedy jest wszystko dobrze, normalnie, potrafi
człowieka zamęczyć swoimi pomysłami i kreatywnością, potrafi być złośliwy i
trudny, nie znosi w pracy sprzeciwu ani niesubordynacji. Niejeden pracownik
miewa go serdecznie dosyć. Ale kiedy przychodzi prawdziwy problem, kiedy ważą
się ludzkie losy, niełatwy szef zamienia się w troskliwego przyjaciela. I mówię
to bez wahania. Bo doświadczam tego teraz i doświadczyłam już kiedyś,
kiedy chora nie byłam, ale stałam w obliczu bardzo poważnych trudności,
nazwijmy to – logistyczno-życiowych.
Drugi dyrektor zadzwonił do mnie
któregoś dnia w okolicach dwudziestej pierwszej. Jesteś w domu? Byłam,
oczywiście. Skręca się w Chryzantem? Taaaak? Rozłączył się. Po chwili
dzwoni domofon. Otwieram. Dyrektor we własnej osobie wpada do mieszkania. Gdzie
masz balkon? No zwykle w takich pośpiesznych sytuacjach ludzie raczej pytają
o łazienkę, ale dyrektor jest oryginalny i żąda balkonu. Kiedy na nim staje,
krzyczy: Eeeeeeej!!!!!! Tutaj!!!!! Jestem nieco zdezorientowana. I
nagle... osłupiała widzę pod moimi oknami dużą grupę koleżanek i kolegów z
pracy. Plus dyrektorkę jednego z łódzkich muzeów, plus jednego senatora. Jak
boga kocham, przyjechali, żeby mnie odwiedzić. Proszę, żeby weszli, ale nie
chcą. Jest taki piękny wieczór, chodź do nas, nie będziemy ci zadeptywać
mieszkania. Po chwili ulegam. Wychodzę. Jest tak pięknie... Gorący późny
wieczór, grupa przeżyczliwych, cudnych ludzi z samą dyrekcją na czele.
Patrzą na mnie z troską, uważnie. Ale kiedy widzą, że nie jest ze mną tak znowu
źle (tyle tylko, że muszę koniecznie usiąść), nie słaniam się, nie jestem
trupio blada i nie schudłam (no to jest akurat fatalne!!!!), zaczynamy naszą
normalną gadkę. Żartujemy, robimy sobie fotki, oczywiście gadamy o pracy... O
matko, jak mi dobrze...
Komentarze
Prześlij komentarz