Tam, gdzie kończą się fakty, zaczyna się okrutna wojna na słowa

 

Kilka uwag na temat hejtu 

wobec prezydent Łodzi – Hanny Zdanowskiej

Hanna Zdanowska na spotkaniu w MEMO z Pawłem Kowalem, Fot. Dorota Ceran



Skrobanie po powierzchni

Tak, dziennikarze nie są od tego, by władzę chwalić, ani by ją wspierać. Ale obowiązkiem dziennikarza jest mówienie prawdy, skrobanie po powierzchni rzeczywistości tak długo, aż spod powłoczki pierwszego wrażenia wyłoni się prawda. Dziennikarz dysponuje bowiem całym arsenałem narzędzi, które mogą przyczynić się do zrobienia komuś krzywdy. To potężna broń, która
w nieodpowiedzialnych rękach może doprowadzić do czyjejś tragedii. I nie ma znaczenia, czy ten ktoś jest zwykłym, szerzej nie znanym człowiekiem, czy popularnym celebrytą lub wpływowym politykiem. Przede wszystkim jest CZŁOWIEKIEM. Tymczasem obserwuję zjawisko usprawiedliwiania każdego świństwa w imię „patrzenia władzy na ręce” i to patrzenie zamienia w lanie na te ręce wrzątku.

Kiedy dziennikarze doskrobią się pod powierzchnię i wykryją całą prawdę, chwała im za to!!! Chwała tym, którzy narażając własne dobro i niejednokrotnie bezpieczeństwo wyciągają na światło dzienne brudy, obyczajowe ohydy, malwersacje i oszustwa. Tu jest na przykład miejsce na ukłony dla redaktorów Andrzeja Stankiewicza, Jacka Harłukowicza i Piotra Olejarczyka za udokumentowanie i pokazanie społeczeństwu prawdy na temat Karola Nawrockiego. I tu nie ma mowy o żadnej krzywdzie.

Dlaczego? Bo ujawnienie prawdy nie jest krzywdą. Jest nią pomówienie, niedopowiedzenie zostawiające miejsce na brudne domysły, nękanie krytykowaniem wszystkiego jak leci bez dogłębnej analizy. Dziennikarze „wagi ciężkiej”, dziennikarze poważni i szanujący sami siebie nigdy na to nie pójdą.

 

„Wybaczcie, muszę z czegoś żyć”

Gorzej się dzieje, kiedy dziennikarze nie idą własną drogą, lecz budują popularność swojego medium idąc za „głosem ludu”. Nieważne, czy doskrobałam się do prawdy, ale ważne, że ludziom się spodoba, że podnosi się krzywa klikalności, sprzedaży, prenumeraty. Nieważne, że nie do końca sam zgadzam się z tym, co piszę, ale przecież muszę z czegoś żyć.

No i pisze medium na przykład o rewitalizacji centrum Łodzi. Przypomnę, że to  jeden z największych projektów urbanistycznych w Polsce. Remonty ulic, modernizacja kamienic, przebudowa przestrzeni publicznych – wszystko konieczne, ale jednocześnie bardzo uciążliwe dla mieszkańców. To fakt. Ale także woda na młyn z jednej strony tych, którzy walczą o klikalność, z drugiej – o przejęcie władzy.

Każde zamknięcie ulicy, każdy przeciągający się remont staje się natychmiast pretekstem do medialnej krytyki. Zamiast rzeczowej rozmowy o skali inwestycji pojawiają się nagłówki sugerujące chaos i niekompetencję. Nie będę przywoływać konkretnych redaktorskich nazwisk, tekstów i mediów, bo nie chcę nikogo stygmatyzować. Pokazuję jedynie mechanizm, w którym z pewnością niejedna osoba się rozpoznaje. I niejeden czytelnik czy widz także.

A może warto poskrobać po tej powierzchni, zajrzeć do umów z inwestorami, sprawdzić kto i gdzie zawinił w opóźnieniach, albo może nawet nie zawinił, tylko musiał działać zgodnie z procedurami…

Może warto wspomnieć o efektach tych prac, które widać dziś na ulicach takich jak Włókiennicza, Jaracza czy Piotrkowska. Odnowione kamienice, nowe przestrzenie publiczne, zieleń…

Ale przecież wyważone wywody nie dadzą wystarczającego poziomu klikalności, oglądalności, prawda? No i ta tarcza, za którą tak łatwo się schować – z napisem „Patrzymy władzy na ręce”.

 

Adresatka

W polskiej polityce istnieje pewien niepisany mechanizm: im dłużej ktoś utrzymuje społeczne zaufanie i realnie zmienia przestrzeń miasta, tym intensywniej musi znosić zmasowany ogień krytyki. Jasne, czasem jest to krytyka uzasadniona – i dobrze, bo demokracja bez kontroli nie istnieje. Czasem jednak krytyka zamienia się w coś znacznie bardziej prymitywnego: w hejt.

W Łodzi od lat jego głównym adresatem jest Hanna Zdanowska.

Nie chodzi o polemikę z decyzjami samorządu. Nie chodzi o debatę o kierunkach rozwoju miasta. Chodzi o coś dużo prostszego i dużo bardziej brutalnego: o mechanizm publicznego „okładania” jednej osoby, często z użyciem półprawd, insynuacji i emocjonalnych skrótów.

Zacznijmy od faktu, który dla części komentatorów jest najwyraźniej trudny do zaakceptowania: Hanna Zdanowska od lat wygrywa wybory w Łodzi z wyraźną przewagą. To nie jest jednorazowy przypadek ani szczęśliwy zbieg okoliczności. To powtarzalny wynik, potwierdzany przez wyborców.

Można oczywiście próbować tłumaczyć to na tysiąc sposobów: marketingiem, wizerunkiem, słabością przeciwników. Ale najprostsze wyjaśnienie jest zwykle najbliższe prawdy – wielu Łodzian po prostu uważa, że ich miasto w ostatnich latach zmieniło się na lepsze.

Zwłaszcza Łodzian nieco starszych, pamiętających przesmutne i jakże szare lata swojego miasta. Lata, w których ktoś taki jak turysta w Łodzi się nie pojawiał. Bo po co? Co miał oglądać, gdzie pójść? Dojmujący brak zieleni nawet na nowych osiedlach na obrzeżach miasta, kominy ziejące jeszcze w latach 80. czarnym dymem spowijającym całe niebo, niebezpieczne zaułki z Włókienniczą i Abramowskiego na czele, o moich Bałutach nie wspominając. Smutek jadących do trzyzmianowej pracy w fabrykach kobiet. Ludzie, nie pamiętacie tego?! Ktoś powie, że to nie jest zasługa obecnego samorządu, lecz zmian ustrojowych w całym kraju. Jasne, że tak. Ale po tych zmianach były takie przygody, jak prezydentura Jerzego Kropiwnickiego, który potrafił wyłączać światło w mieście wieczorami, bo mu na rachunki nie starczało, ale na pomieszkiwanie za nasze pieniądze w Izraelu już owszem tak. Który nie chciał dopuścić do otwarcia wybudowanego już obiektu… pamiętacie którego? Manufaktury nie chciał otworzyć!!!!  A strażnika miejskiego za brak czapki publicznie wyzwał od „chujów”. Pamiętacie te standardy?

Pamiętacie obrzygany Dworzec Fabryczny, na którym w budkach podawano podejrzanie tanie zapiekanki z mięsem z… nie chcę się domyślać z czego, ale fakt jest faktem, że gołębi to tam coraz mniej latało. A tuż obok – ruiny elektrowni. Ktoś pamięta? Nie? A ja pamiętam. I wiele innych rzeczy, które każą mi docenić zmianę, której mogą nie pojmować ludzie, którzy przyjechali do Łodzi w ostatnim dziesięcioleciu, na przykład z Lublina czy innych części kraju i nie mają pojęcia o łódzkim krwioobiegu.

Problem polega na tym, że wobec samorządu, który jest naprawdę ważną, kluczową wartością nieznaną w Polsce w czasach PRL-u, bardzo często nie stosuje się standardowej krytyki. Zamiast tego pojawia się język emocji, pogardy i personalnych wycieczek.

Spójrzcie nie na strony mediów społecznościowych, ale na strony mediów tradycyjnych, tam, gdzie pojawiają się komentarze czytelników i widzów. Zamiast argumentów – wyzwiska. Zamiast analizy decyzji – insynuacje dotyczące charakteru, motywacji czy prywatnego życia. Obelgi i hejt. I tu pojawia się moje pytanie – czy redakcje nie powinny jednak na to reagować? Rozumiem, że krytyki nie wolno blokować, ale jeśli ktoś pisze w komentarzu „Wypierdalaj tępa dzido” to chyba należałoby coś z tym zrobić?

To nie jest debata publiczna. To internetowa bójka.

 

Media jako wzmacniacz emocji

A przecież to media mają ogromną moc kształtowania atmosfery publicznej. Mogą studzić emocje, wprowadzać kontekst i oddzielać fakty od opinii. Mogą też robić dokładnie odwrotnie.

W ostatnich latach coraz częściej obserwuję ten drugi model. Im ostrzej, tym lepiej.

W takim środowisku bardzo łatwo zamienić polityczną krytykę w medialny spektakl. Każda kontrowersja urasta do rangi afery, każdy błąd – do dowodu na katastrofę. A jeśli prawdziwych skandali brakuje, wystarczy odpowiednio „podkręcić” narrację.

Pamiętacie sytuację, kiedy choinka na Placu Wolności zapaliła się po piątej próbie jej odpalenia? Matko, co to było!!!!! Rwanie włosów, rozdzieranie szat, inwektywy…  dramat po prostu. A nie jest to aby śmieszne? To są ważne problemy? Ludziom na świecie bomby lecą na głowę, a my, bogaci, napchani dobrym żarciem, rozbestwieni żądaniami i oczekiwaniami mamy problem – choinka nie rozbłysła dość szybko… Ludzie!!!! Opamiętania.

Kolejny problem rozbabranego w dobrobycie społeczeństwa  nazywa się „Dżungla”. Ileż to inwektyw, ileż energii spożytkowano na dyskusję o maleńkim skrawku miasta. Bo za wcześnie o tym pani prezydent powiedziała! A jakby powiedziała za późno, to by dopiero było? No jakby się nie odwróciła, to wiecie… Bo przecież nikt nie konsultuje niczego z mieszkańcami!!!! O przepraszam!!! Na ulicy Harcerskiej, w miejscu mojej ukochanej, acz słusznie zburzonej szkoły miały pojawić się nowe domy mieszkalne. No super, przecież podobno jest mało mieszkań. Ale mieszkańcy zrobili takie piekło, tak się konsultowali skutecznie, że zamiast potrzebnych domów powstanie średnio potrzebny w tym miejscu skwer. Czyli co? Konsultuje się samorząd z mieszkańcami, czy nie?

No niby tak… ale i tak publiczna atmosfera zaczyna przypominać permanentny stan oblężenia.

 

Polityk jako worek treningowy

Polityk – szczególnie samorządowy – staje się symbolem wszystkiego, co w mieście nie działa: korków, remontów, cen mieszkań, jakości powietrza, a czasem nawet pogody. To oczywiście absurd, ale bardzo wygodny.

W przypadku Hanny Zdanowskiej dochodzi jeszcze jeden czynnik: jest kobietą w świecie, który wciąż w wielu miejscach pozostaje brutalnie zmaskulinizowany.

I choć niewiele osób powie to wprost, ton części ataków nie pozostawia złudzeń – nie chodzi wyłącznie o politykę. Bo przecież nie ma polityków wolnych od błędów. Nie ma też samorządów, które działałyby idealnie. Krytyka decyzji władz miasta jest potrzebna, a czasem wręcz konieczna. Pojawiają się różne afery, aferki, jakieś nie do końca zrozumiałe decyzje. I to dziennikarze mają tropić i ujawniać bez taryfy ulgowej. Ale czym innym jest krytyka, a czym innym zorganizowana atmosfera nagonki.

W przypadku Hanny Zdanowskiej już dawno przekroczono tę granicę. Hejt, brutalny, ohydny, prosto z rynsztoka stał się normą. A jego konsekwencje są znacznie dalej idące niż krzywda jednego człowieka. To przegrana jakości naszej wspólnej rozmowy o państwie i o mieście. A bez tej rozmowy żadna demokracja się nie ostanie.

 

Powiedzieć prawdę, po prostu…

Jadę tramwajem i słyszę: Patrz pani, jak to rozkopali. Metro miało być!!!! A jest dziura.  No jest. Rzecz dotyczy budowy kolejowego tunelu średnicowego w Łodzi – jednej z największych inwestycji infrastrukturalnych w kraju. Projekt realizuje państwowa spółka PKP PLK, a jego przebieg, harmonogram i problemy techniczne są… poza bezpośrednią kontrolą władz miasta.

Ale czy to ważne, kiedy można taką piękną, wielką dziurą obciążyć Miasto
i prezydenta? Żal nie skorzystać, prawda? To przecież taki wygodny skrót myślowy: skoro coś dzieje się w mieście, to winna jest prezydent. Nawet jeśli formalnie inwestorem jest państwowa spółka.

Łódź nie jest miastem idealnym. Nadal zmaga się z wieloma problemami: demografią, infrastrukturą, społecznymi skutkami transformacji gospodarczej. Ale sprowadzanie całej historii do opowieści o „fatalnych rządach” jest po prostu nieuczciwe.

Jednym z najbardziej drastycznych przykładów medialnego uproszczenia była historia kobiety, która zmarła z wychłodzenia w swoim mieszkaniu w Łodzi. Sprawa błyskawicznie stała się medialnym symbolem „miasta, w którym ludzie zamarzają”, a w niektórych komentarzach pojawiły się sugestie, że to dowód na rzekomą obojętność władz miasta i Hanny Zdanowskiej osobiście. Brzmiało dramatycznie?  No pewnie, bo dokładnie o to chodziło.

Problem polegał jednak na tym, że fakty były znacznie bardziej skomplikowane, a zarazem dużo mniej wygodne dla sensacyjnej narracji. Kobieta była objęta pomocą społeczną i otrzymała zasiłek między innymi na zakup opału. Z ustaleń służb wynika jednak, że pieniądze zostały wydane na alkohol.

To oczywiście tragiczna historia samotności i uzależnienia – problemu, z którym zmagają się wszystkie duże miasta w Europie. Państwo czy samorząd mogą oferować wsparcie, ale nie są w stanie kontrolować każdej decyzji życiowej osoby korzystającej z pomocy. Ale w medialnym uproszczeniu ten kontekst niemal zniknął. Zostało jedno zdanie: „kobieta zamarzła w Łodzi”. A skoro w Łodzi – to winna jest prezydent miasta.

Tak działa mechanizm emocjonalnej narracji. Tragedia jednostki zostaje wyrwana z kontekstu i użyta jako argument w politycznej walce.

Kolejnym medialnym motywem jest opowieść o „bankrutującym mieście”. W komentarzach politycznych często pojawiały się sugestie, że Łódź znajduje się na skraju finansowej katastrofy.

Tymczasem podobny poziom zadłużenia mają niemal wszystkie duże miasta w Polsce, ponieważ inwestycje infrastrukturalne finansuje się w dużej mierze kredytem i emisją obligacji a to standardowy mechanizm funkcjonowania samorządów – szczególnie w okresie intensywnego wykorzystania funduszy europejskich.

 

Samo zadłużenie nie jest więc dowodem na katastrofę finansową. Powiem więcej - problemem byłoby raczej jego całkowite unikanie, które oznaczałoby brak inwestycji.

Ale przecież hasło „bankrutujące miasto” brzmiało znacznie lepiej w nagłówkach niż spokojne tłumaczenie mechanizmów finansów samorządowych. Nuda.

Wszystkie te historie pokazują pewien powtarzalny schemat. Najpierw pojawia się wydarzenie – często złożone i wymagające kontekstu. Następnie zostaje ono uproszczone do jednego emocjonalnego komunikatu. Na końcu pojawia się personalizacja winy.

W tej konstrukcji idealnym bohaterem jest osoba publiczna. Najlepiej taka, która od lat pozostaje w centrum politycznego sporu.

Hanna Zdanowska spełnia te kryteria. Jest wieloletnią prezydent jednego z największych miast w Polsce, politykiem wyrazistym i rozpoznawalnym. W dodatku działa w przestrzeni, w której lokalna polityka splata się z ogólnopolską.

A to już wystarczy, aby stać się wygodnym celem.

 

Kto za tym stoi

To pytanie zadaję sobie coraz częściej, bo kiedy rozmawiam z Łodzianami, w większości przypadków, nawet jeśli nie są zadowoleni z przedłużających się remontów, to jednak nie zioną nienawiścią. Kolejne wybory wysoko wygrane przez Hannę Zdanowską i prowadzony przez nią samorząd są na to najlepszym dowodem.  

Pamiętacie akcję „Murem za Hanką”? Rzecz dotyczyła zarzutów  dotyczących oświadczenia majątkowego związanego z wziętym przez partnera Hanny Zdanowskiej kredytem. Już wówczas dawno spłaconym – dodam.  Jednak sąd uznał prezydent winną złożenia nieprawdziwego oświadczenia i wymierzył karę grzywny.

W tym momencie część mediów uruchomiła prawdziwy festiwal nagłówków: „skazana prezydent”, „czy powinna rządzić miastem?”, „moralny problem Łodzi”. Wiele komentarzy sugerowało, że jej kariera polityczna powinna się w tym momencie zakończyć.

Tyle że wyborcy mieli inne zdanie i w  wyborach samorządowych w 2018 roku Hanna Zdanowska zdobyła ponad 70 procent głosów. To jeden z najwyższych wyników wśród prezydentów dużych miast w Polsce.

Dzisiaj ten fakt rzadko bywa przywoływany przez tych, którzy najgłośniej powtarzają narrację o „skompromitowanej prezydent”.

W ostatnich wyborach samorządowych Hanna Zdanowska znów w pierwszej turze pokonała swoich konkurentów. Pamiętając, że „kredytową” nagonkę rozpętał PiS, z osobistym wkładem Jacka Sasina, który nie mógł ścierpieć tak bardzo popularnego  samorządowca reprezentującego ówczesną opozycję, że chwytał się dosłownie wszystkiego.

Komu dzisiaj zależy zatem na zohydzeniu tej prezydentury? Czy wśród piszących komentarze na stronach mediów czy na forach społecznościowych faktycznie dominują Łodzianie, czy boty i trolle? I kto je programuje? Kto chciałby przed czasem doprowadzić do odwołania prezydenta miasta albo doprowadzenia Hanny Zdanowskiej do stanu, w którym podda się, odpuści, zrzeknie się – bo nie da rady.

Z moich ustaleń wynika, że w PiS powstał plan doprowadzenia do referendów odwołujących wszystkich prezydentów dużych miast wywodzących się z koalicji rządzącej. Na pierwszy ogień poszedł Kraków. Jeśli tam się PiS-owi powiedzie, pójdą dalej. I już przygotowują sobie grunt.

Ale czy szanującym się mediom przystoi wpisywanie się w taki schemat działania?

 

 





Komentarze

  1. Dorota! Doskonałe podsumowanie! Zgadzam się z każdym zdaniem i... trochę mi żal, że sama tego nie napisałam, bo szlag mnie trafiał już od dawna. A naszej Hance życzę jeszcze więcej odporności i zdrowia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Super tekst. Zgadzam się!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dorotko super, zawsze jest jakieś drugie dno takich działań i dobrze by było by ktoś je obnażył

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Pożegnanie z Czytelnikami (na jakiś czas...)

List Otwarty do Marszałka Sejmu RP, Szymona Hołowni

Profesor wagi ciężkiej