Felieton - Kilka słów do Profesora Marcina Matczaka

Kiedy bzdury wygaduje Kaczyński, nie jest mi przykro. Nawet złoszczę się coraz rzadziej, bo przecież nie spodziewam się po tym człowieku niczego dobrego ani, tym bardziej, mądrego. Kiedy swoje farmazony wygłaszają takie tuzy intelektu jak Janusz Kowalski czy Marek Suski, wyłącznie pusty śmiech mnie ogrania. Mam zresztą głębokie przeświadczenie, że każde z wygłaszanych przez przedstawicieli władzy kretyństwo przybliża nas do dnia, kiedy odejdą w niesławie. Natomiast boli mnie, sprawia ogromną przykrość i burzy mój spokój głupia i krzywdząca wypowiedź kogoś, kogo szanuję, cenię i za wiele rzeczy podziwiam. Tak stało się z Pana wypowiedzią na temat „ateistycznych świąt”, Panie Profesorze. Co Pana podkusiło, żeby usiąść przy klawiaturze i napisać coś podobnego? Jako osoba do samej głębi niewierząca, spróbuję zatem kilka rzeczy Panu wyjaśnić. Powiada Pan, że "ateistyczne święta to samooszukiwanie się człowieka zagubionego w sekularnym do cna świecie...