Artykuł i relacja filmowa - Lew nasikał mi w oko

Łódzki ogród zoologiczny pamiętam od najwcześniejszej młodości i wiąże się z nim pewna komiczna przygoda. Kiedy byłam dziewczynką może sześcio- , może siedmioletnią ojciec zabrał mnie tam na popołudniowy spacer. Głównie dlatego, że bardzo, naprawdę bardzo! chciałam zobaczyć lwa. Lew był najważniejszy. Zresztą, swojemu upodobaniu do wielkich kotów jestem wierna do dzisiaj. Wówczas zwierzęta nie miały wybiegów, które znamy ze współczesnych ogrodów, lecz żyły w klatkach. Lew był nakarmiony, miał zapewnioną opiekę medyczną ale do dyspozycji miał może ze 40 metrów kwadratowych okratowanego klepiska. Jedyną jego atrakcję stanowiły pory karmienia i… zwiedzający ludzie. W tej liczbie ja z ojcem, który wziął mnie na ręce, żebym sobie dobrze zobaczyła chodzącego w kółko króla zwierząt. W pewnym momencie lew się zatrzymał i… siknął. Strumień trafił prosto w moje oko. Ojciec najpierw się przestraszył, potem, kiedy zobaczył, że nic mi nie jest – zgiął się wpół ze śmiechu. Szybko...